Zaczęło się. Ludzie się wykruszają. Odjechała Zu ze swoimi dziewczynami, powoli ucieka reszta. I mimo tego, że wcale nie jadą daleko, to wiem, że z niektórymi więcej się już nie spotkam. Nie ma to jak wreszcie poczuć na własnej skórze tęsknotę za szkołą. Chociaż przyznam, że wcale nie lekceważyłam tego, co mówią inni o końcu szkoły. Wiedziałam, że tak będzie, że będę chciała wrócić jeszcze na trochę.
Równocześnie cieszę się, że sama będę w domu przez ten rok, to takie przedłużenie dzieciństwa. A zostaję z prostej przyczyny. Nie dostałam się na stomatologię i będę poprawiać maturę. Jak na razie mam trochę za dużo wolnego czasu, ale do nauki też mnie nie ciągnie. A prawda jest taka, że uczę się więcej niż w zeszłym roku, tylko tego nie czuję. Może nie będzie tak źle i będę miała czas na rysowanie. W te wakacje miałam zamiar iść już na wszystko: architekturę, architekturę wnętrz, dietetykę, protetykę. Zostaję pomiędzy tym ostatnim, a stomą. Zobaczymy co to będzie.
A zima się zbliża wielkimi krokami i mam tylko nadzieję, że nie zapadnę w sen zimowy. Jak tak sobie przesiaduję w łóżku to senność mnie bierze i o 21 mogłabym spokojnie sobie chrapać. Ale pewnie i tak posiedzę do północy.
Ostatnio było zaćmienie księżyca. Wstawałam co godzinę i patrzyłam w niebo. W moim pokoju mogę obserwować księżyc nie ruszając się z łóżka. Był piękny, wyglądał zupełnie jak Mars. Próbowałam zrobić zdjęcie, ale dałam za wygraną i tylko patrzyłam. Już miałam zostawić ten widok tylko dla siebie, ale przed 5 pękłam i poszłam obudzić rodzinkę. Nie udało mi się dodzwonić do Pe, a chciałam mu dać ten widok w prezencie. Trudno, poczekam jeszcze 30 lat.
Jutro wyjeżdżam z M. za Opole, odwiedzić Zu i dziewczyny. Mamy tam iść na jakąś imprezę, a tak się zabawnie złożyło, że A. i Pina będą studiować w Opolu, więc pójdą z nami. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego po prostu wesoły weekend. A za tydzień Londyn. 4 dni z bagażem podręcznym, ale to nic, w porównaniu z gimnazjalnym wyjazdem do Londynu. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z przyjmowaniem ludzi do takiego syfu. Na szczęście tym razem nie muszę się martwić o bałagan, wróć, korniki i pleśń (srsly).
Wczoraj próbowałam zdobyć ubezpieczenie i zarejestrować się jako bezrobotna. Ale niestety, wraz z obowiązkami "dorosłego człowieka" przyszło mi się zderzyć z jakże cudownym systemem. O tym, żeby ktoś odebrał telefon można tylko pomarzyć. A po 40 minutowym docieraniu do urzędu dostałam tylko wniosek, bo skończyły się numerki dla oczekujących. Wspaniale. Wcześniej podjęłam próbę chodzenia do szkoły policealnej na Opiekuna Medycznego, ale nie urządzają mnie obowiązkowe praktyki tuż przed maturą. Ten rok nie jest na dodatkowe zmartwienia. Za to jest na matmę, którą zaczynam za 10 minut!